Teresa Gutsche
Nabożeństwo pożegnalne odbędzie się we wtorek 3.11 o godzinie 11.00 w kaplicy przy ul. Poznańskiej 34.
Pogrzeb we wtorek na cmentarzu przy ul. Wybickiego ok. godz. 12.30 – wejście od strony Wybickiego.
_________________________________________________________________________
„Lubiła poezję i mnie”
Taka dzielna
Walczyła
Pewna
że zwycięży
nie tu to tam
nie dziś to jutro
Taka twarda
Stąpała pewnie
podpierając się parasolem
gdy bolało
Trzeba sobie radzić
tak czy siak
Taka przewidująca
a jednak
żyjąca nadzieją.
Tylko ta łza
w kąciku oka
na pożegnanie
Tyle rzeczy mogło się wydarzyć
Tyle bitew ze słabościami mogła wygrać
Tyle jeszcze radosnych „mamama” usłyszeć…
Teraz w ciszę zagłębiła się
Teraz odpoczywa i nic ja nie boli
Nie musi walczyć ani dnia dłużej
I wszystko jej jedno czy sobie poradzimy
bez niej i z naszym smutkiem.
Odpoczywa, nasycona Bożą miłością,
utulona i bezpieczna w Jego ramionach
szczęśliwa…
Odpoczywaj!!!
(Beata Tuchanowska)Filmik A. Willmy: http://www.youtube.com/watch?v=y6HxCwC-n6E
Poproszono mnie, abym zamieścił wpis, który Teresa umieściła na stronie niecały rok temu (10.12.2008r.). Wobec tego zamieszczam:
Kochani chyba nadszedł czas bym odniosła sie do swojej choroby i obecnego czasu gdyż moje zachowanie może niektóre osoby dziwić.
To, że umieram jest oczywiste. Tylko cud może to powstrzymać, ale go nie ma. To należy do Boga, nie do mnie. Ja zrobiłam to, co należało do mnie – prosiłam. Uznając i przyjmujac Boże rozwiązanie dla mojego życia i rodziny chcę powiedzieć, że jestem wdzięczna Bogu, że jest dla mnie wszystkim w tym życiu. Nigdy nie żałowałam, że poszłam za Bogiem. A właściwie, ze on mnie wybral. Jest to moj najwiekszy przywilej byc dzieckiem Bożym!
Żyję już z Bogiem 39 lat – od momentu gdy “zgodziłam sie” Bogu służyć. On strzegł mnie, prowadził. Czasami nie rozumiałam jego woli, była dziwna i często mnie bolala, a życie uwierało. Dlaczego? W niebie się dowiem. Choć być moze nie będzie to już wtedy istotne.
Ale pytanie zadam ![]()
Może dziwić Was to, że jeszcze się śmieję i żartuję. Prawda jest taka, że jak leki przeciwbólowe działają, to dobrze sie czuję. Najgorszy jest ból. On nie pozwala skupić się na czymkolwiek. Ujarzmiony daje żyć.
Nie mam zamiaru zatruwać sobie obecnie życia trucizną bólu, żalu, płaczem, bo co to da?
Ja chcę być już z Bogiem! Mnie będzie tam dobrze a nawet lepiej
To Adam z dziećmi będą odarci z mojej pomocy.
Jak wytłumaczyć Kubusiowi, że mamy już nie będzie? Jak utulić jego smutek i potrzebę miłości? Spadnie to na Adama.
Wiem jednak, ze Bóg nie zostawi Kubusia, Amosa i Adama. Nie wiem jak, ale będzie z nimi tak jak obiecał. Zresztą już z nimi jest!
A ja dziękuję Bogu, że nie odebrał mi jeszcze logicznego myślenia, że mam nadal swoją osobowość (mam nadzieje
) i nie odebrał mi poczucia humoru. Niedawno moja przyjaciółka rozśmieszyła mnie swoją radą, że mam iść ku światłu, tam też będzie tunel. Cobym nie zbłądziła ![]()
Wiemy, że się spotkamy i będziemy razem sobą cieszyć. Moja mama juz na mnie czeka i wiele osób, które znam i które już tam są!
Jednak najgorsze jeszcze przede mną, gdy zakończą sie naświetlania całej głowy. Wtedy może być ciężko i nie wiem czy moje zachowanie wtedy nie zgorszy…
Oby Bóg mnie zachował od tych skutków ubocznych. Chciałabym do końca być samowystarczalna. Kto wie, jak Bóg tym pokieruje. Póki co, to cieszę się, że Bóg daje mi pokój, radość, siłę by do końca nieść swoje jarzmo.
Nie chce sie nad sobą rozczulać! Przecież pozwoliłam Bogu rządzić moim życiem! Oby tylko do końca zachować wiarę! A życie? Już coraz mniej rzeczy mnie interesuje. Normalne. Tracą dla mnie swój urok i widzę, że to marność…
Żałuję, że lepiej nie żyłam. Zmarnowałam dużo czasu na głupstwa. Niech Bóg mi będzie łaskawy w Jezusie Chrystusie.
Jak chcecie o coś zapytać, pytajcie. Tylko, proszę, konkretnie a nie np. jak sie czuję Co do mnie to ze śmiercią jestem trochę oswojona. Od 5 lat mam raka przecież… i nie sposób ciągle o tym myśleć. I nie ma to nic wspólnego z wypieraniem, wierzcie mi.
Jeżeli ktoś miałby jakieś wspomnienia związane z Teresą, którymi chciałby się podzielić, można wpisywać się poniżej.
Pamiętam różne rzeczy z naszej wspólnej przeszłości. Po pierwsze śpiewanie w gdańskim chórze kościelnym. To tam zaprzyjaźniłam się z obiema siostrami Rubackimi: Teresą i Aśką. Byłam młodą dopiero co nawrócona chrześcijanką i to od nich uczyłam się, jak w sposób bardzo konkretny zastosować w życiu to, co przeczytam w Biblii. Były dla mnie przykładem dojrzałych wierzących osób, chociaż wiekiem bliskie. Po drugie wspólne wyjazdy: Giżycko, Bielice, gdzie z Teresą modliłyśmy się o męża dla niej, Wrocław, Białystok, Elbląg z chórem. Mnóstwo rozmów, spanie obok, wspólne modlitwy. Ostatnie lata, mimo oddalenia, w końcu ja w Gdańsku a ona w Toruniu, nie spowodowały końca przyjaźni, ale jej zacieśnienie. Na nowo połączyły nas nasze drugie pociechy: jej Kubuś i moja Martynka, oboje niepełnosprawni umysłowo. Byłyśmy nawet razem na hipoterapii z naszymi dziećmi i dobrze się bawiłyśmy. Gadałyśmy często na skypie, grałyśmy w literaki. Teresa wiedziała o mnie rzeczy, do których nikomu bym się nie przyznała. Czasami napominała mnie – łagodnie, z miłością, zachęcała do regularnego czytania Biblii, do pisania wierszy. Nie była wylewna, ale raz powiedziała, że je lubi. Gdy ją odwiedziłam w ostatnim czasie, najpierw w domu – dużo gadałyśmy a później w szpitalu, pożegnałyśmy się. Gdy mówiłam do niej i głaskałam jej ręce, odpowiadała mi mocnym uściskiem, chociaż oczy już miała zamknięte. To było w niedzielę, tydzień przed jej śmiercią. Dzień wcześniej rozmawiałam z nią przez telefon i odpowiadała mi niezbyt przytomnie, ale wiedziała że to ja do niej dzwonię i następnego dnia mam przyjechać. Gdy wychodziłam od niej i powiedziałam “mój ty biedaku” łza mi sama pociekła, bo czułam, że widzimy się po raz ostatni. I wtedy zobaczyłam, że i u Teresy, w kąciku oka błyszczy jedna samotna łza…B.
Przez: Beata Tuchanowska w 2 listopad 2009
o 23:34
Kiedy ponad 20 lat temu uczestniczyliśmy w nabożeństwie w naszym 4 osobowym kościele,nasze dzieci pełzały po podłodze, a Amos leżał w łóżeczku. Nabożeństwa na początku, przez krótki czas, odbywały się w mieszkaniu Adama i Teresy. Teresa była młodą, energiczną kobietą. Wszyscy byliśmy młodzi. Jeszcze wczoraj moja kuzynka wspominała Teresę z plecaczkiem mocowanym z przodu, w którym siedział Amos. Wydawało nam się wtedy, że tworzymy jakąś nową rzeczywistość w Toruniu i tak było naprawdę. Tyle że wspierał nas Duch Św. i wykonywaliśmy wolę Boga. Koncepcję i plan działania miał Adam. Teresa była w tym wszystkim, jak potem przez całe dalsze życie bardzo twardą kobietą, odważną, nazywającą rzeczy po imieniu. Z Teresą nie można było np. bezkarnie poplotkować, dać upust swoim emocjom w sposób niekontrolowany, ponieważ Teresa natychmiast rozwiązywała problem przy pomocy Biblii i rozumu. Za to nabierało się przy niej charakteru. Zwłaszcza kobiety mogły się od niej uczyć jak wyraża się swoje zdanie albo jak powalczyć kiedy ma się rację albo jest się przekonanym o swojej racji. Można też było oberwać, ale zwykle było to twórcze. Zdałam sobie też sprawę,że przez te ponad 20 lat nie widziałam Teresy płaczącej. Twarda kobieta trudno o taką. Narodziny chorego Kuby też nie wywołały u niej ani pretensji do Pana Boga, ani zmiany postawy wobec ludzi, a mogło tak przecież być. To przecież ludzkie. To co mi się u niej podobało to to, że mimo walecznego charakteru potrafiła nie przekraczać granic. Rolę kobiety nakreśloną przez Boga wypełniała bardzo dobrze.Znała swoje miejsce. Z biegiem lat trochę jakby złagodniała. Była bardziej tolerancyjna, ale to dodało jej tylko uroku. Ja lubię twarde kobiety, lubiłam Teresę. Też się od niej uczyłam, chyba najbardziej pokory i panowania nad sobą. Po odejściu Teresy nasza zborowa rzeczywistość się zmieni, jej rodziny jeszcze bardziej, ale trzeba pamiętać, że życiem jej był Chrystus, a śmierć jak mówił Paweł tylko zyskiem. W końcu za niedługo się spotkamy.
Przez: Dorota Szulc w 3 listopad 2009
o 15:04